23.12.2013 | Spłodził: Petrol | Szuflada: Maltreting, Przygody Rzecznika (zobacz, co to znaczy)

Poradnik nie tylko świąteczny: jak jeść, by nie przytyć?

poradnikŚwięta Bożego Narodzenia to czas radości, refleksji, spotkań w rodzinnym gronie i beztroskiego, niczym nieskrępowanego, niepohamowanego obżarstwa. To czas, po którym przerażenie, jakie ogarnia nas, kiedy wchodzimy na wagę łazienkową może się równać tylko z przerażeniem, jakie ogarnia w tym momencie samą wagę łazienkową.

Na szczęście jest sposób, dzięki któremu może oszczędzić stresu i sobie, i nieszczęsnej wadze. Co ciekawe, sposób ten zawdzięczamy ni mniej ni więcej, tylko producentom owianych złą sławą bomb kalorycznych – batonów czekoladowych.

I co jeszcze ciekawsze, sprowadza się on do tego, by jeść ich więcej.

Nie, nie przesłyszeliście się, ani nie przeczytaliście się: należy jeść ich więcej.

Co ważne jednak – należy jeść te, które sprzedawane są w większych opakowaniach.

Do takich właśnie wniosków prowadzi wnikliwa analiza informacji zawartych na opakowaniach batonów dwóch popularnych marek (byłoby ich z pewnością więcej, ale wrodzone lenistwo pozwala mi się skupić tylko na dwóch). Te batony to Snickers, produkowany przez koncern Mars, oraz KitKat – dzieło Nestlé.

I tak, przyjemność zjedzenia porcji batonika KitKat (40 gramów) będzie Cię, drogi Czytelniku, kosztowała konieczność spalenia 213 kalorii (właściwie kilokalorii, ale nie brnijmy w przesadni formalizm). Jeśli jednak zdecydowałbyś się na batonika w wersji reżyserskiej (czyli rozszerzonej o 25%, do 48 gramów), dostarczysz sobie zaledwie 128 kalorii.

Zaskoczeni? Ja też, ale zdjęcia nie kłamią: proszę, poniżej fotka.

batony_kitkat

KitKat zadaje kłam powiedzeniu "less is more".

Nie może też być mowy o błędzie, bo produkowany przez konkurencyjny koncern baton Snickers ujawnia analogiczne właściwości: w swoim podstawowym rozmiarze (50 gramów) porcja dostarcza 243 kalorie. W wydaniu podwójnym (podwójnym jak podwójnym: zawartość opakowania to 75 gramów) są to już tylko 182 kalorie.

batony_snickers

Konkurencyjny koncern - równie cudowne rozwiązanie

Mam nadzieję, że Czytelnicy – a właściwie, wybaczcie seksizm, przede wszystkim Czytelniczki – dostrzegają drzemiący tu fantastyczny potencjał. W końcu jeśli ilość kalorii spada wraz z rozmiarem batonika, to przed konsumentami rysują się wspaniałe wręcz możliwości dostarczania podniebieniu przyjemności (a centralnego ośrodkowi nerwowemu – endorfin, których produkcję wyzwala czekolada) bez narażania na szwank figury!

I tak, zakładając, że kaloryczność batonika jest odwrotnie proporcjonalna do jego masy, absolutną zerokaloryczność osiągnie już KitKat sprzedawany w opakowaniu 60-gramowym. W przypadku Snickersa wysiłek będzie nieco większy – dopiero opakowanie 150-gramowe będzie fundowało nam przyjemność wolną od niemiłych kalorycznych konsekwencji.

Mało tego – wspomniałem, że liczba marek batoników o cudownych właściwościach jest większa: podobnych efektów możemy spodziewać po Marsie  (którego producentem jest, co może wielu zaskoczyć, koncern Mars) oraz Lionie (Nestlé). Niestety, jako się rzekło, wrodzone lenistwo nie pozwoliło mi objęcie analizą także tych dwóch batoników. W końcu wiecie – bloger. Blogerowi kompleksowe analizy są obce.

Czy cudownych batoników jest więcej niż te cztery wymienione? Zapewne, jednak w hedonistycznej pogodni za przyjemnością objadania się czekoladowymi przysmakami trzeba zachować ostrożność: istnieją również batoniki, w przypadku których kaloryczność haniebnie rośnie wraz z rozmiarem.

Takim batonem jest na przykład Twix (ze stajni Marsa): w przypadku 50-gramowego Twixa porcja dostarczy nam 124 kalorie,  natomiast dla 75-gramowego Twixa w wersji Xtra będzie to już 186 kalorii – dokładnie o połowę więcej.

Skandal, naprawdę. Tego po prostu się nie da nazwać inaczej, jak tylko skandalem.

***

No dobra, czas odkryć karty. Myślicie, że pierdzielę głupoty?

Ależ skąd.

Ja tylko uciekam się do pewnej manipulacji – mniej więcej takiej, do jakiej uciekły się koncerny Nestlé i Mars. Manipulacji, na którą przynajmniej część z Was naprowadziło użycie słowa „porcja”, którego starałem się używać tak rzadko, jak to tylko możliwe - a jednocześnie tak często, aby prawie wszystko, co napisałem było prawdą.

Mars i Nestlé nie musiały się starać. Mars i Nestlé po prostu przyjęły pewne proste założenie: mianowicie takie, że batona rozdmuchanego do rozmiaru XL nie kupuje się po to, żeby zjeść go więcej. Batona większego kupuje się po to, żeby zjeść go mniej. To przecież logiczne.

Bo widzicie, kluczem oczywiście jest tu słowo „porcja” – która kurczy się wraz z rozmiarem batonika. Powiększony Snickers i powiększony KitKat to już nie jedna porcja, jak ich standardowych rozmiarów bracia. Batony powiększone to dwie porcje, i to w dodatku mniejsze niż standardowy batonik.

batony_kitkat_srodek

Poważnie.

Mars i Nestlé przyjęły po prostu założenie, że modelowy konsument batonika w wersji XL zjada na raz porcję mniejszą niż zwykły batonik, a resztę – czyli drugą porcję – zostawia sobie na później.

I dlatego właśnie podwójny Snickers, i powiększony KitKat (a także podwójny Mars i podwójny Lion) sprzedawane są w tych fikuśnych opakowaniach wielorazowego użytku: specjalnie zaprojektowanych i wykonanych z najnowocześniejszych materiałów tak, żeby po zjedzeniu jednej porcji, drugą – niezjedzoną – hermetycznie zamknąć i zabezpieczyć tak, by nie mogła ona z opakowania wyskoczyć i upierdzielić czekoladą torby, kieszeni czy plecaka, w którym się znajduje.

Że mówicie, że są sprzedawane w dokładnie takich samych celofanowych kondomach, w jakich sprzedawane są wszystkie inne batoniki, w szczególności – ich standardowych rozmiarów odpowiedniki? Że po zjedzeniu jednego batonika nie da się ich zamknąć, aby drugiego nie można było zjeść później? Nie może być… Na pewno robicie coś źle.

W tym miejscu warto jeszcze wrócić do Twixa, a właściwie Twiksów – i standardowego, i w wypasionej (oj, to chyba złe słowo?) wersji Extra. Bo nie wiem czy wiecie, ale jeśli zjadacie Twixa sami albo na raz – to robicie to źle. Bo Twix jest, zgodnie z zamierzeniami producenta, dwuosobowy.

Ewentualnie jest w połowie „na później”. Wiecie – celofanowe kondomy, te sprawy. I dotyczy to zarówno wersji standardowej, jak i Xtra.

W każdym razie porcja Twixa to według producenta nie oba paluszki – ale jeden.

batony_twix_xtra_zblizenie

Po pierwsze: nie straszyć. Nikt nie chciałby, żeby na widok ilości kalorii konsument zszedł na zawał serca czytając etykietę, zanim będzie miał okazję zejść z powodu cukrzycy.

Dzięki temu genialnemu w swojej prostocie zabiegowi, na takim Twiksie Xtra producent może przywiesić całkiem widoczną informację o 186 kaloriach zamiast nieco bardziej przygnębiającej liczby 372 kalorii. Piktogram, który wskazuje, że liczba ta może dotyczyć połowy zawartości opakowania (i to właśnie miękkie może dotyczyć, a nie definitywne dotyczy) rzuca się już w oczy zdecydowanie mniej (że już nie wspomnę o analogicznej informacji na KitKacie, która zapisze się złotymi zgłoskami w księdze osiągnięć marketingu okulistycznego – przyjrzyjcie się bliżej dokładniej fotkom tego batona na początku wpisu).

(Tu trzeba uczciwie przyznać, że wielkość porcji jest wskazana wprost – w tabelach z wartościami odżywczymi – na opakowaniach wszystkich omawianych batoników, bez uciekania się do subtelności piktogramów. Równie uczciwie trzeba jednak przyznać, że obaj producenci włożyli nieco wysiłku w to, żeby była to informacja nie rzucająca się szczególnie w oczy.)

Dzięki subtelnemu zabiegowi, producent nie musi pisać otwarcie, że zjedzenie Twixa w wersji Xtra oznacza przyswojenie ponad połowy dziennej zalecanej dawki nasyconych kwasów tłuszczowych, co być może nie stawia jeszcze Twixa na równi ze smalcem, ale też nie spycha go jakoś zasadniczo od niego niżej. Przyznacie sami – 27% wygląda zdecydowanie mniej groźnie niż 54%, prawda?

batony_twix_rewers

Obrazek pro forma - robienie zdjęć metalizującym powierzchniom z nadrukiem to mordęga.

Na marginesie, być może ten właśnie kreatywność anonimowego brand managera marki Twix pozwala się temu batonikowi trzymać się w cieniu, gdy jego kolega z fabryki, Snickers, regularnie okupuje rankingi najbardziej kalorycznych przekąsek. Zupełnie niepotrzebna skromność (lub zupełnie-nie-wiem-czym-spowodowane seryjne niedopatrzenia osób sporządzających takie rankingu): przy dokładnie tej samej wielkości opakowania (50 g), to Twix jest batonem bardziej kalorycznym, wygrywając o 5 kalorii.

I na drugim marginesie: na rynku jest jeszcze przynajmniej jeden baton, który – podobnie jak Twix – to dwa oblane czekoladą paluszki. I podobnie jak w przypadku Twixa, porcja to jeden paluszek.

I podobnie jak w przypadku Twixa, informacje o wartościach odżywczych podane są w przeliczeniu na jedną porcję. Czyli na paluszek.

Jest tylko jedna, drobna różnica – każdy z tych paluszków jest zafoliowany. Osobno. W swój własny, foliowy kondom.

***

Powoli zbliżamy się do końca, ale zanim ten nastąpi, przeniesiemy się na chwilę na Wyspy, aby przeprowadzić tam mały wywiad.

Otóż na rynku brytyjskim koncern Mars zdecydował się na zmniejszenie wagi Marsów i Snickersów o odpowiednio 12 i 17%, jako element realizacji swoich zobowiązań w ramach Responsibility Deal – wyglądającej na rządową (jakkolwiek wciąż dobrowolną) inicjatywę na rzecz zdrowego stylu życia. Mars zobowiązał się do ograniczenia kaloryczności pojedynczych porcji swoich produktów do maksymalnie 250 kalorii.

Jak jednak wytknął korporacji portal portal The Grocer – mimo solidnego zmniejszenia produktu, koncern nie obniżył jego ceny. Wysłannik Maltretingu postanowił udać do Wielkiej Brytanii, by zadać z głębokim wyrzutem pytanie: „dlaczego?”

komiks_mars

Na koniec ciekawostka: podobną deklarację Mars złożył również na polskim podwórku: „Zobowiązaliśmy się, że z końcem 2013 r. wszystkie nasze produkty będą zawierać nie więcej niż 250 kcal na porcję„. Bardzo jestem ciekaw, czy Twix Xtra z łącznym tonażem na poziomie 372 kalorii już wypełnia tę obietnicę dzięki temu, że ktoś wpisał „dwie porcje” na opakowaniu?

16 comments to Poradnik nie tylko świąteczny: jak jeść, by nie przytyć?

  • hex

    I to jest powód, dla którego jem Twixa.

    Przecież ja kurna płacę za te kalorie…

    PO TO WŁAŚNIE kupuję batonika, żeby dostarczyć swojemu organizmowi kalorii! Wkurzają mnie takie zabiegi marketingowe… To, co by mi się najbardziej przydało, to prosta tabelka pokazująca ile kosztuje jedna kcal produktu. Wybrałbym oczywiście optymalny…

    P.S.: dlatego w McDonaldzie kupuję tylko szejki. Wyszło mi, że nic innego się nie opłaca… :D

  • limonka

    Bardzo dobry artykuł. Cieszę się, że ktoś poruszył ten temat, choć chyba oboje zdajemy sobie sprawę z faktu, że zdecydowana większość ludzi nie czyta etykiet. Jeśli zerkną na ilość kalorii, to przeoczą wspomnianą informację o porcji, a już zupełnie nie zwrócą uwagi na tabelę. Inna sprawa to ten cudowny marketing producentów batonów… :)

  • Animus

    nie bardzo rozumiem o czym jest tu szum: każdy kto zwraca uwagę na kalorie, to wie że liczby podawane przez producentów dotyczą porcji, a nie opakowania. No chyba że ktoś tylko myśli że wie o co chodzi, a tak naprawdę nie potrafi nawet przeczytać informacji na opakowaniu poza tym co jest napisane dużymi literami.

    • Spytam więc tak: w takim razie dlaczego producenci batoników podają liczbę kalorii dla połowy zawartości opakowania? Dlaczego?

      Ano dlatego, że doskonale wiedzą, że część klientów nie doczyta. A pozostałą część – tę, którą doczyta – mniej w oczy kłuć będzie informacja np. o niecałych dwustu kaloriach zamiast o prawie czterystu. To analogiczny mechanizm do tego, który działa w przypadku reklam McDonald’sów i podobnych: wiesz doskonale, że burger, którego kupisz, nie będzie wyglądał jak ten z reklamy, ale i tak kupujesz go częściowo dlatego, że gdzieś tam masz cień nadziei, że jednak właśnie taki będzie. Jedząc burgera, częściowo jesz burgera z reklamy.

      Analogiczny, bo tu działa poniekąd w odwrotną stronę – ale też działa.

      • Chris

        Na podobnej zasadzie oparłeś swojego bloga.
        Niewyraźne zdjęcia (pechowo skadrowane tak, by to co na opakowaniu widoczne gołym okiem, na zdjęciu było słabo widoczne), subtelne niedopowiedzenia, wskazujące czytelnikowi kierunek myślenia, zawieszanie zdania (głosu), pytajniki.

        Czyż nie?


        Być może w niedalekiej przyszłości Unia w swojej szczodrobliwości zwolni ludzi z myślenia co żrą. Być może firmy produkcyjne zostaną obłożone karami za sam fakt produkowania czegokolwiek.
        Na dzień dzisiejszy jednak, trzeba myśleć, a jeśli nie staje umiejętności – płakać nad własną głupotą.

        • Odpowiadając na pytanie: tak. I nie.

          Owszem, wskazuję czytelnikowi kierunek myślenia – ale to chyba zrozumiałe, skoro chcę mu pokazać swój punkt widzenia? I nawet przekonać go do niego? Owszem, posługuję się niedopowiedzeniami – ale to dlatego, że dopowiedzenia zabijają ironię. Poza tym mam wrażenie, że w przypadku takiego bloga jak mój kawa na ławę na dłuższą metę byłaby nudna i śmierdziałaby nachalnym dydaktyzmem i jakimś antyrynkowym pieniactwo-sekciarstwem. A ja chcę mieć, żeby mojej teksty były również rozrywkowe – i dla mnie, i dla czytelników, i żeby nie zniechęcały ludzi, którzy nie mają z marketingiem na pieńku. Bo ja w gruncie rzeczy też nie mam z nim – jako takim – na pieńku. Co nie zmienia faktu, że widzę w nim mnóstwo większych i mniejszych patologii.

          Natomiast jeśli chodzi o zdjęcia, to muszę się nie zgodzić. Jeśli stosuję „tendencyjne” kadrowanie, to nie po to, żeby ukryć coś, co mi nie przystaje do tezy – tylko co najwyżej zaakcentować to, co tę tezę wspiera. I co często, tak na marginesie, producent stara się podać jak najmniej inwazyjnie, żeby nie powiedzieć wprost – ukryć.

          Zresztą akurat kadrowanie stosuję rzadko – jeśli przyjrzysz się moim zdjęciom, to zobaczysz, że zwykle są na nim zdjęcia całości – czy to produktu, czy reklamy. Nawet w tekście powyżej – tylko Twix jest kadrowany (przy czym chyba trudno uznać to za kadrowanie tendencyjne – w końcu jaka korzyść poznawcza byłaby z pokazania całego napisu „Twix”?), pozostałe batony pokazane są w pełnej krasie (i tak przy okazji, skoro zarzucasz mi manipulację, to mogę z pewną satysfakcją odnotować, że ze Snickersem musiałem się trochę nakombinować, żeby ta piktografika dotycząca wielkości porcji w ogóle była widoczna – bo będąc tuż przy brzegu, w naturalny sposób „zawijała się” na batoniku, co zmniejszało jej widoczność – ja tymczasem specjalnie, wbrew „woli” opakowania, prostowałem je, żeby było tę piktografikę widać).

          I a propos „trzeba myśleć” – dlaczego to niby mam w sklepie czuć się jak na cholernym polu bitwy? Przez cały czas być czujnym, by nie paść ofiarą mniejszej lub większej manipulacji? Dlaczego? Wciąż myśleć i analizować? Szukać podstępu?

          Dlaczego na Twiksie Xtra nie ma łopatologicznej informacji „w opakowaniu jest prawie 400 kalorii”? Czyli prawie 20% dziennego zapotrzebowania na energię?! Dlaczego eksponowana jest liczba dwa razy mniejsza?

          Oczywiście to pytanie retoryczne. Obaj zapewne wiemy dlaczego. Bo nie wszyscy czytają etykiety wnikliwie. Bo nie wszyscy są świadomymi konsumentami (i lepiej ich nie uświadamiać cokolwiek alarmującą liczbą). No i bo nawet będąc „myślącym” i potrafiącym mnożyć przez dwa konsumentem łatwiej będzie nam zeżreć tego batonika, jeśli w oczy będzie nie będzie nas kłuć prawie 400, tylko właśnie liczba o połowę mniejsza.

          • Chris

            Wolny rynek to, przede wszystkim, niemalże pełna swoboda produkowania czegokolwiek (wq zgodzie z przepisami) stąd też multum produktów przypominających coś innego lub też udających coś innego.

            Nie wiem czemu czujesz się w sklepie jak na polu bitwy. Ja czuję sie zwyczajnie. Patrzę na skład, wagę, cenę, dane producenta, porównuję i kupuję. Tak jak dokładnie oglądam buty czy spodnie, tak samo przyglądam się żywności. Bez podejrzliwości, ale z ZOZ.

            Myślę, że dla przeciętnego, małomyślącego przy zakupach Kowalskiego, liczby na batoniku, poza wagą, nie mają znaczenia. On chce zeżreć ten batonik w całości, niezależnie od składu czy mocy.
            Czy zatem podasz liczbę na opakowanie, porcję czy ’100 gram produktu’, nie zrobi to większej różnicy.

          • Masz rację – „większej różnicy” nie zrobi. Bo właściwie z definicji nie może: przy tak dojrzałym i nasyconym rynku jak rynek batonów praktycznie nie ma rozwiązań marketingowych, które zrobiłyby większą różnicę. Większość rozwiązań, które mogły być zastosowane i mogły solidnie wpłynąć na sprzedaż – już zastosowane zostały. Teraz ma miejsce swoiste wyciskanie cytryny: kombinowanie co zrobić, aby zwiększyć sprzedaż o kolejnych kilka procent czy promili. Albo: jak zareagować wobec wzrastającej świadomości klientów w zakresie zdrowego żywienia i zmniejszyć skalę spadku sprzedaży związaną z tym zjawiskiem. I w tym ujęciu byc może operowanie ilością kalorii w przeliczeniu na arbitralnie przyjętą porcję jest całkiem efektywnym działaniem? Szczególnie – efektywnym kosztowo?

            Nawet „przeciętny Kowalski”, o ile tylko wie, co to są kalorie, ma zapewne swój „próg odporności na kalorie” – wartość, powyżej której powie „dobra, to już przesada”. Dla jednego będzie to 100 kcal na batona, dla innego 300, komu innemu nie będzie przeszkadzało 700. Oczywiście to nie działa tak, że osiągnięcie bariery np. 300 kalorii zupełnie wyklucza możliwość, że dany Kowalski kupi baton: po prostu im więcej kalorii, w tym większe prawdopodobieństwo, że w danej sytuacji „wyrzuty sumienia” wezmą górę nad zachcianką. I w tych prawdopodobieństwach – w tych milionach sytuacji zakupowych, w których świadomość pochłaniania dużej ilości kalorii może przesądzić o tym, że ktoś zrezygnuje z zakupu batonika – pojawiają się te procenty – albo raczej promile – dodatkowej sprzedaży. Albo sprzedaży nie utraconej. Podając liczbę o połowę mniejszą, producent zmniejsza prawdopodobieństwo, że kłująca w oczy liczba kalorii w danej sytuacji zakupowej obudzi „wyrzuty sumienia” i nasz Kowalski kupi sobie jabłko.

            • Chris

              Naprawdę wierzysz, że Kowalski sięgając po czekoladę czy batonik, ma przed oczami sumę spożytych kalorii?
              Nie sądzę by tak było.
              Zważywszy na fakt, że liczba osób z nadwagą rośnie z roku na rok w tempie zastraszającym (dla mnie) wnioskować można przeciwnie.

              Jako czynnik decydujący widziałbym więc walory smakowe połączone z okolicznosciami zakupowymi. Całość okrasiłbym środowiskiem codziennym konsumenta.

            • Nie chodzi o to, żeby szalenie świadomie zastanawiać się nad ilością spożytych kalorii – wystarczy cokolwiek na ten temat wiedzieć i z jednej strony nie być kompletnie na ten temat obojętnym, a z drugiej – nie być jeszcze konsumentem skrupulatnie pilnującym ilości kalorii. Nie być obojętnym na tyle, że zbyt duża liczba kalorii – wyczytana nawet przez przypadek, niemal kątem oka – zapalałaby czerwoną lampkę.

              I tak – wydaje mi się, że takich ludzi jest sporo, i mają „potencjał” do tego, żeby dać się nabrać na takie zagrywki (bo nie analizują składu wnikliwie). Przykład, który podałem w tekście – Snickers regularnie wygrywa w zestawieniach na najbardziej kaloryczny baton. A ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to Twix jest batonem bardziej kalorycznym (kto by podejrzewał – to przecież tylko wafel oblany czekoladą, a nie nabity orzechami, treściwy blok taki jak Snickers). Przypuszczam, że mógł umknąć uwadze „speców” od kalorii też dlatego, że liczba kalorii podawana jest dla niego w przeliczeniu na jeden paluszek. Czyli być może strategia arbitralnego przyjmowania wielkości porcji jest skuteczna także wobec bardzo świadomych konsumentów?

              Albo z innej mańki: http://czytamyetykiety.pl/products/syrop-owocowy-malina-lowicz/ – strona jest poświęcona analizowaniu składu produktu, a autor dał się naciąć na widoczne na etykiecie 65%, uznając je za zawartość soku owocowego. Tymczasem 65% to stopień zagęszczenia soku malinowego, którego jest w syropie całe 0,2% – reszta to przede wszystkim cukier (a właściwie syrop glukozowo-fruktozowy) i woda.

              • Chris

                Powtórzę.
                Konsument sięgający po batonik, niezależnie od firmy, nie myśli w kategoriach kalorii, bowiem słodka przekąska ma spełnić inne zadanie (wg tegoż konsumenta). Mam na myśli klienta masowego, który ‚robi sprzedaż’. Naturalnie pewien odsetek sprawdza, liczy, porównuje. Niemniej, przerażająca większość kieruje się smakiem, dodatkami, wagą i ceną, kalorie mając w głębokim poważaniu.

                Nie trzeba badań, wystarczy stanąć w markecie przy kasachi liczyć puste papierki które ludzie dają do skasowania.

                Specom od kalorii oraz zgodności z przepisami nie umyka nic. To raczej blogerzy szukają sensacji tam, gdzie ona niekoniecznie jest.
                A fakt, że obecnie łatwo jest publikować, oznacza tylko tyle, że więcej osób publikuje, bo uważa, że ma ku temu kalifikacje… nie mając żadnych. Procent tekstów dobrze przygotowanych, sprawdzonych merytorycznie względem przepisów, nadal jest tak samo… niski.

                Dość przywołać blogera, który nie mając pojęcia o przepisach dotyczących masła, nazwał producenta oszustem.

                • OK, jeśli mamy się posługiwać kategorią konsumenta masowego – w ten w większości o kaloriach nie myśli. Ale moim zdaniem takie rozwiązania jak to stosowane przez Nestle czy Mars mają za zadanie zmniejszyć ryzyko, że zacznie myśleć. Tak jak pisałem wcześniej – im większa liczba, tym większe prawdopodobieństwo, że komuś jednak zapali się czerwona lampka i pomyśli „hola, to już chyba przesada – może nie powinienem jeść tych batoników tak często”. I oczywiście nie przekłada się to na jakieś szalenie znaczące różnice w sprzedaży (pewnie bardziej na promile niż procenty), ale – znowu jak pisałem wcześniej – na tym etapie rozwoju rynku to już wyciskanie cytryny.

                  Ale wątpię, czy na tym etapie jesteśmy w stanie się nawzajem przekonać.

                  Do tego dochodzi kwestia CSR, o którym właśnie kończę wpis – właśnie na przykładzie Marsa. Ciekawe, czy przeniesiemy tę dyskusję tam? ; )

                  Fakt, „Czytamy etykiety” nie był może najlepszym przykładem… A z masłem masz zapewne na myśli przypadek Mediafuna – tylko że w tym przypadku mam wrażenie, że sporą winę za zamieszanie ponosi nieszczęśliwe tłumaczenie przepisów unijnych (fakt, że podchwytliwych dla tłumacza). Chodzi o to, że w oryginale rozporządzenia o znakowaniu żywności pojawia się sformułowanie three-quarter fat butter – coś a la nasz „twaróg półtłusty”, tylko że z trzema czwartymi zamiast połowy (no i masłem zamiast twarogu oczywiście). W odniesieniu do twarogu półtłustego nikt oczywiście nie spodziewa się, że jego 50% składu stanowi tłuszcz; wiadomo, że chodzi o twaróg, który ma połowę zawartości tłuszczu swojego pełnotłustego odpowiednika. Ale już przetłumaczenie owego three-quarter fat butter na „masło o zawartości 3/4 tłuszczu” jest mało szczęśliwe, bo wypacza sens oryginału. Co niektórzy producenci skwapliwie wykorzystują jednak stworzoną przez przepisy okazję, bo przecież 3/4 to – dla osoby nie znającej sprawy – prawie 82% charakterystyczne dla masła ekstra.

                  Oczywiście żaden producent nie pali się już do wyjaśniania, że od masła nie dzieli tego produkt 7 punktów procentowych tylko 25 procent (a licząc „od dołu” – nawet 33,3%).

                  Jak to kiedyś na podstawach prawa nas uczono: etyka i prawo niekoniecznie chodzą w parze. Nie wszystko, co zgodne z przepisami, jest etyczne.

                  • Chris

                    Obawiam się, że pewien typ, rzekłbym, ulubiony typ producentów, nie myśli nigdy. Racjonalnie rzecz jasna.
                    I jak wcześniej, nie jest to wynik badań jakowychś, ale zwyczajna obserwacja czyniona przy okazji codziennych zakupów. Pomijam już w tym momencie litościwie nieumiejących liczyć (promocja – dwa w cenie trzech).
                    Skłaniałbym się zatem ku opinii, że wyższe jest ryzyko ukarania przez instytucję nadzorującą za naruszenie przepisów dot. oznaczeń na opakowaniach, aniżeli spadek sprzedaży wynikający z myślenia konsumenta.

                    Niezależnie od przepisów i tłumaczeń, przypadek Mediafuna pokazuje, że aby pisać, należy najpierw nauczyć się czytać a w dalszej kolejności korzystać z wiedzy innych, by uniknąć emocjonalnych, pomawiających tekstów.
                    Stoję na stanowisku, że mediafunem ktoś powinien wytrzeć ściany i podłogi w sądzie powszechnym skutecznie wybijając mu z głowy pisanie BREDNI.

                    O ile bowiem myśleć może co tylko zechce, o tyle nazywając kogoś oszustem i materializując to oskarżenie w postaci tekstu, musi wziąć odpowiedzialność za słowo.
                    Niestety w PL, firmy JESZCZE boją się blogerów. Ze złym skutkiem dla nich i blogosfery.

                    W bardzo wielu przypadkach nazwa, usankcjonowana przepisami, nie odnosi się do matematyki, ale charakterystyki produktu. Zatem aby pisać o takich produktach, trzeba mieć nieco więcej wiedzy, aniżeli umiejętność liczenia do 100.

              • J.

                Pewnie po czasie, ale w kwestii zmniejszania kaloryczności produktów poprzez porcjowanie, moim ulubionym przykładem takiego produktu jest beztłuszczowy olej.
                Olej/oliwa sprzedawana jest w opakowaniu z atomizerem, co jest obiektywnie patrząc bardzo wygodne, bo pozwala na używanie mniejszej ilości tłuszczu na jeden raz i ułatwia jego rozprowadzanie na przykład na patelni. Sama używam oliwy z atomizerem właśnie w tym celu i wszystko pięknie.

                ALE, jeśli nasz olej odpowiednio podrasujemy i użyjemy niezwykle sprawnego atomizera to 1 porcja takiego oleju ma ok. 2 kcal – prawie jak tic tac. Dzięki takiemu zasbiegowi można na opakowaniu napisać, że jedna porcja zawiera śladową ilość kalorii.

                Polecam przeczytanie opisu w sklepach internetowych:

                http://sklepdukana.pl/oleje/86-hit-olej-rzepakowy-o-smaku-masla-w-aerozolu-0kcal-0-tl-na-500-razy.html

                http://www.kulturystyka.sklep.pl/product_info.php/cPath/96/products_id/1140854099/products_name/olej-pam-do-beztluszczowego-smazenia-141g-522-porcje.html

                Pojawiają się tam takie określenia jak „beztłuszczowy” co jest oczywistym kłamstwem, 0kcal, „beztłuszczowy smażyk”. Polecam też porównania z innymi tłuszczami „na jednostkę” w tym porównanie oleju z olejem.

                Wiem, że ktoś napisze, że przecież wiadomo. Ale wiem też, że zdażają się osoby które sobie napsikają łyżkę i dalej uważają, że to bez kalorii.

                • O rany – to trafiło i do nas? Kiedy pisałem o bezcukrowych tic-takach od razu parę osób podesłało mi linki do filmików szydzących z dostępnego na amerykańskim rynku beztłuszczowego oleju.

                  • J.

                    Widocznie dotarło. Nie wiem czy jest dostępne w stacjonarnych sklepach. Teraz będziemy mogli pokazać, że umiemy śmiać się z siebie. ;)

                    Przejrzałam trochę dyskusji na forach, wiele osób uznają to za pewną magię, inne uznają, że to jakaś chemia niezdrowa porównywalna z colą ze słodzikiem. Co mnie najbardziej zaskoczyło, ludzie raczej zakładają, że producent kłamie i przechodzą nad tym do porządku dziennego. :)

                    Pomyślałam, że jeśli Marsa pokroić tak cieniutko jak szynki dojrzewające i sprzedawać w plasterkach to mógłby to być bezcukrowy baton, 0 kcal!

Dodaj komentarz

 

 

 

You can use these HTML tags

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


− jeden = 6