Jak czytać reklamy #2: serek Hochland

Aby nie szargać swojej profesjonalnej renomy, powinienem właściwie zatytułować dzisiejszy tekst „jak czytać język marketingu”, a nie „reklamy”, bo przyglądać się będziemy opakowaniu, a nie reklamie, ale nie bądźmy małostkowi. Nie chciałbym, żeby akademickie sztywniactwo uniemożliwiło mi wstawienie numeru 2 w czymś, co być może stanie się pięknym cyklem.

A więc drodzy Państwo, przedstawiam Wam serek topiony Hochland. Z naturalnych składników.

Ci, którzy mieli styczność z biwakowymi lub – skoro już o nich wspomnieliśmy – akademickimi standardami żywienia, zapewne nie spodziewają się po serku topionym przesadnej naturalności. Marka Hochland jednak chce najwyraźniej zadać kłam popularnemu stereotypowi związanemu z tą kategorią produktów i…

Serek Hochland

Hochland. Enklawa nieokiełznanej natury w lodówce pełnej chemii.

Proszę bardzo – naturalne składniki!

Nauczeni jednak lekcją Lidla – a więc numeru 1 w naszym być-może-już-wkrótce-całym-cyklu – podchodzimy do pachnącej zielonym pastwiskiem deklaracji Hochland z pewną rezerwą i zaglądamy na listę składników.

I czytamy.

Odtłuszczone mleko.

Co prawda proces odtłuszczania nie kojarzy mi się jakoś szalenie z naturalnością, ale ważne, że mleko. Czytamy dalej.

Ser. Masło. Fajnie. I naturalnie.

Odtłuszczone mleko w proszku.

No cóż, skoro przełknęliśmy odtłuszczanie, to od biedy możemy i proszkowanie mleka uznać za proces, który nie pozbawia tego składnika jego naturalności.

Sole emulgujące.

No więc tak… Ja nie jestem z tych, co to jak widzą na liście składników literkę E, to z okrzykiem przerażenia zakopują trefny produkt pięć metrów pod ziemią, po czym, by ograniczyć jeszcze bardziej ryzyko chemicznego skażenia, wylewają nań betonowy sarkofag. E to literka, za którą mogą się kryć zgoła niewinne i czasami nawet względnie naturalne dodatki do żywności. Na przykład, skoro jesteśmy przy emulgatorach, swoją literkę E ma guma arabska (E414) czy mączka chleba świętojańskiego (E410).

Hochland skład

Fakt, że mleko na liście składników wyprzedza ser (a więc mleka jest więcej) może sugerować, że mamy do czynienia nie z serem topionym czyli roztapianym, ale z serem topionym, czyli topionym – w cieczy.

Ale kiedy wpisuję w Google’a pierwszą z trzech „soli emulgujących” w serku Hochland i jako drugi link wyskakuje mi oferta z Zakładów Azotowych Chorzów S.A., to mi się to jakoś zupełnie przestaje spinać z naturalnymi składnikami.

Nawet Google nie pozostawia wątpliwości co do naturalności hochlandowych składników z literką E

Bo mowa o E450, czyli difosforanie disodowym, trisodowym, tetrasodowym, tetrapotasowym, diwapniowym lub ewentualnie diwodoro-difosforanie wapnia, gdyż to jedna z tych substancji, zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 22 listopada 2010, może kryć się za oznaczeniem E450.

E452, czyli kolejne E na liście serka „naturalne składniki” Hochland to z kolei polifosforan – w zależności od fantazji producenta, odpowiednio sodu, potasu, wapnia lub sodowo-wapniowy.

I wreszcie E331, czyli jeden (lub może więcej) z trzech cytrynianów sodu: monosodowego, disodowego czy trisodowego.

Nie wiem jak Wy, ale jak ja to czytam, to normalnie wpływam na suchego przestwór oceanu, wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, tak mi jest naturalnie.

Oczywiście, należy docenić, że Hochland nie poszedł drogą Lidla i nie dodał słowa „tylko” do swoich „naturalnych składników”(przypomnijmy, Lidl reklamuje swój Ryneczek hasłem „tylko z polskich pól”, mimo że produkty na nim nie są tylko z polskich pól), jednak tak czy inaczej warto spytać wysokiego rangą przedstawiciela producenta, czy opakowanie serka topionego Hochland przeszło w ogóle przez dział prawny firmy.

Pragnący Zachować Anonimowość Rzecznik Prasowy firmy Hochland...

 

No i nie należy wątpić, że dokładnie taką logiką kieruje się Hochland: obecność mleka i sera (niesamowite, prawda? ser w serku topionym!) w serku topionym daje mu pretekst do wysmażenia hasła „naturalne składniki”, a to, że przy okazji może to być zrozumiane jako obecność wyłącznie naturalnych składników, absolutnie Hochlandowi nie przeszkadza.

Oczywiście przypuszczam, że znajdzie się całkiem spora grupa osób nie widząca w postępowaniu Hochland nic zdrożnego („Są naturalne składniki w składzie? Są. Jest podany pełny skład? Jest.”). Zwolennikom takiego podejścia chciałbym zadać trzy pytania.

Pierwsze: po co w ogóle pisać „naturalne składniki” w przypadku produktu, w przypadku którego obecność przynajmniej jednego naturalnego składnika (sera) jest oczywistością? Czy przez przypadek nie po to, żeby stworzyć wrażenie, że produkt jest bardziej naturalny, niż jest w rzeczywistości – czyli żeby stworzyć wrażenie, że nie zawiera chemicznych dodatków, mimo że je zawiera?

A może producent chce powiedzieć, że fakt obecności w składzie sera czy mleka wyróżnia serek Hochland na tle konkurencji, gdyż te generalnie sera (czy mleka) niby nie zawierają?

Drugie: jak mało mogłoby być „naturalnych składników” w serku, żeby hasło „naturalne składniki” nie było jeszcze przegięciem? Na marginesie: ile jest tej naturalności, to nie wiemy, bo Hochland poskąpił nam informacji o ilości mleka – jest jedynie informacja o ilości sera (28%) i wskazówka, że mleka jest więcej, gdyż figuruje ono jako pierwsze na liście składników.

O ile jest go więcej, tego już się jednak nie dowiemy, co tak na drugim marginesie jest złamaniem prawa, a konkretnie artykułu 22 ust. 1 Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) Nr 1169/2011 z 25.11.2011, który mówi wprost, że:

Oznaczenie ilości składnika lub kategorii składników użytych do wytwarzania lub przygotowania danego środka spożywczego jest obowiązkowe, gdy dany składnik lub dana kategoria składników […] są podkreślone w etykietowaniu słownie, obrazowo lub graficznie.

Czy jest na sali Główny Inspektor Sanitarny, który zdaje się tego bajzlu powinien pilnować?

No i wreszcie trzecie: czy równie w porządku byłaby etykietka „naturalne składniki” zdobiąca coś zdecydowanie bardziej chemicznego, na przykład – proszek do prania czy płyn do dezynfekcji kibla?

Bo przecież nic prostszego, jak dodać do takiego trochę ekstraktu z fiołka, sosenki lub z morskiej bryzy i voilà: „Domestos – naturalne składniki”!

  • Malwina Ferenz

    Tak, są takie dziedziny, w których osiągnięcia marketingu są – by tak rzec odpowiednio nowocześnie – epickie. Niesamowite, w co potrafią uwierzyć klienci. Marketing ma swoich aniołów stróżów, którzy robią w nadgodzinach, bo ciągle mają deadline. Urocza para z tych aniołów: Promocja i Gratis 😉

  • udhhd

    W tym serze utopionym w mleku niekoniecznie muszą być tylko naturalne skladniki. W nawiasie przy skladniku „ser” chcialbym poznać skład tegoż. Dlatego ze to produkt złożony z innego produktu , taka matrioszka, trzeba miec sporą dozę konsumenckiej nieufności:)