• ( n i e ) n a c h a l n a   a u t o p r o m o c ja

Śmierć i dziewczyna

reserved-tnDziewczyna

22 marca 2017 w Polsce wybucha bomba. Wybucha metaforycznie, w polskim Internecie. Dee Dee, atrakcyjna, długowłosa Amerykanka, która na koncercie poznała i zgubiła Wojtka z Warszawy, okazuje się nie być dziewczyną proszącą o pomoc w odnalezieniu miłości swojego życia. Dee Dee jest wynajętą aktorką, a historia zaginionego Wojtka – historia, która tak mile łechtała polską męską dumę – to tylko scenariusz filmu reklamowego Reserved.

Internet wrze.

Tysiące czują się oszukane, tysiące są oburzone, tysiące miotają gromy. Zresztą jak tu nie miotać? Cynicznie wykorzystano odruch serca internautów, którzy w spontanicznym zrywie podjęli wysiłek udostępnienia filmu, chcąc złączyć ponownie parę, której na drodze do szczęścia stanął okrutny los.

Rana Plaza

24 kwietnia 2013, na przedmieściach Dhaki, stolicy Bangladeszu, żadna bomba nie wybucha. Nie musi.

Wczesnym rankiem, w związku z przerwą w dopływie prądu, na najwyższym piętrze Rana Plaza uruchomione zostają generatory diesla. Dzień wcześniej jedna ze stacji telewizyjnych ujawnia pęknięcia konstrukcji budynku, jednak właściciel zapewnił, że nie stanowią one zagrożenia. Mylił się. Rana Plaza nie wytrzymuje wibracji pracujących urządzeń, nacisku trzech dodatkowych, nielegalnie dobudowanych kondygnacji oraz ciężaru wyposażenia fabryk odzieży, zorganizowanych na kilku piętrach budynku zaprojektowanego jako biurowo-handlowy. Pod gruzami ginie 1129 osób.

Miesiąc później na miejscu katastrofy znalezione zostają metki LPP, właściciela marki Reserved.

Internet wrze?

Wyszukiwarka

Nawet jeśli nie śledzi się pilnie tego, czym żyje Internet, to od kampanii #PolskiChłopak i jej następstw kilka dni temu trudno było uciec. Na jednym z branżowych blogów znajduję komentarz, który prowokuje mnie do małego eksperymentu. Wpisuję w Google’a frazy „Reserved polski chłopak” i „Reserved Bangladesz” (ta druga fraza, wbrew pozorom, generuje więcej wyników, niż bardziej odpowiadające faktom „LPP Bangladesz” czy „Cropp Bangladesz”).

Aby uniknąć niepotrzebnego szumu, ograniczam wyniki wyszukiwania datami: dla pierwszej frazy od 22 marca do 31 marca 2017 (czyli od ujawnienia reklamodawcy do wczoraj), dla drugiej – od 27 maja 2013 do 31 grudnia 2017 (czyli od pierwszej wiadomości o metce marki należącej do LPP znalezionej w ruinach Rana Plaza do końca roku).

Wyniki są raczej przygnębiające.

 reserved-polski-chlopak

reserved-bangladesz

Jasne, przez te cztery lata nasza aktywność w Internecie rosła – 1000 artykułów kilka lat temu to relatywnie więcej, niż 1000 artykułów dzisiaj. Jasne, od katastrofy w Dhace minęły cztery lata – Google przez ten czas zapewne usunął ze swojej bazy dużą część zaindeksowanych wcześniej stron; być może, gdyby spytać Google’a o „Reserved Bangladesz” 4 lata temu, liczba wyników byłaby dużo wyższa. Chociażby dla tych powodów nie można tych liczb odnosić wprost do siebie.

Ale coś paskudnie niestosownego jest w tym, że obie te liczby są na poziomie w jakikolwiek sposób porównywalnym.

1129 ofiar śmiertelnych i reklama, która udaje, że nie jest reklamą, wzbudza podobne poruszenie w Internecie.

Nie chciałbym tu sugerować, że kampania Reserved nie zasługuje na to,  by ją krytykować – zasługuje. Jeśli chodzi o nieskrępowaną dowolność działań reklamowych w mediach społecznościowych, to osobiście jestem za tym, żeby ją radykalnie ukrócić – jeśli coś jest reklamą, to powinno być jako reklama wyraźnie oznaczone, niezależnie od tego, czy są to wspomnienia Tomasza Lisa z siłowni Oasis w hotelu Hyatt, czy rzekome poszukiwania fikcyjnego Wojtka. Reklama służy wyjątkowo przyziemnemu celowi, czyli nabijaniu kabzy reklamodawcy i nie widzę żadnego powodu, dla którego miałaby cieszyć się wolnością udawania czegoś, czym nie jest. Żadnego. Ewentualne protesty marketerów i sarkanie na ograniczanie ich kreatywności to argumenty kompletnie bez znaczenia. Marketerzy i pracownicy agencji reklamowych są sprzedawcami i nie ma powodu, by mieli prawo udawać, że są kimś innym.

Nie pamiętam jednak, aby równie intensywnie i powszechnie, jak teraz atakuje się LPP za polskiego chłopaka, atakowano tę firmę za metkę Cropp w gruzach Rana Plazy. Być może to kwestia mojej ułomnej pamięci. Być może tego, że zajmując się marketingiem, informacje związane z marketingiem właśnie atakują mnie silniej, spychając pozostałe na dalszy plan.

Ale liczby z wyszukiwarki sugerują, że mojego subiektywnego odczucia nie da się wytłumaczyć wyłącznie ulotną pamięcią i moją osobistą bańką informacyjną. Sugerują, że jeśli zadalibyśmy sobie pytania o to, kim jesteśmy, co jest dla nas naprawdę ważne, co prowokuje nas do działania, co każe nam zabrać głos, w imię czego jesteśmy gotowi do wyrzeczeń i do jakich wyrzeczeń – odpowiedzi mogłyby być gorzkie.

Odpowiedzi

Nie będę nawet próbował tych odpowiedzi formułować. Ale być może ich cień znajdziemy w dość nietypowym miejscu – w raporcie giełdowym LPP za rok 2013.

Na stronie 2., w otwierającym dokument liście do akcjonariuszy, prezes zarządu spółki pisze między innymi o „ogromnej  ilości  działań podejmowanych w celu rozbudowy sieci naszych sklepów” czy planowanym otwarciu sklepów „w Chorwacji, w Niemczech a także, przy współpracy z franczyzobiorcą, na Bliskim Wschodzie”.

O tragedii w Rana Plaza prezes nie wspomina. Najwyraźniej nie ma większego znaczenia dla akcjonariuszy.

Potwierdzenie tego przypuszczenia znajdujemy na stronie 81, w punkcie 14.

14. Ocena czynników i nietypowych zdarzeń mających wpływ na wynik z działalności za rok obrotowy, z określeniem stopnia wpływu tych czynników lub nietypowych zdarzeń na osiągnięty wynik.

W 2013 roku nie wystąpiły żadne nietypowe zdarzenia mające wpływ na osiągnięty wynik.

Istotnie. Rok 2013 LPP zamknął 28-procentowym wzrostem sprzedaży i 22-procentowym wzrostem zysku netto.