• ( n i e ) n a c h a l n a   a u t o p r o m o c ja

Grypo, witaj!

GripovitaReklama radiowa Gripovity, malinowo-porzeczkowo-bzowej (bezowej?) herbatki-suplementu diety, mającego wspomagać odporność. Zresztą nie wiem, czy „wspomagać” jest tu słowem sprawiedliwie oddającym zasługi Gripovity, bo… Ale o tym za chwilę.

„Aaa… psiuch!” – onomatopeiczne kichnięcie rozdziera eter. „Zaczęło się” – komentuje to kichnięcie z wyraźną pretensją w głosie nieco niewyraźnym – bo rezonującym w zapchanym nosie – (ex?)miłośniczka babcinego soku z malin. Jak dowiadujemy się chwilkę później, miłośniczka o soku co prawda “nie zapomniała”, ale “jaaakby… mniej chce się jej chodzić po lesie”.

Oprócz pretensji i zatykających nos gilów, w głosie kobiety można usłyszeć także gorzką świadomość nieuchronności losu, który po miesiącach słonecznej beztroski, niechybnie przywiewa deszcze, słotę i infekcje wirusowe. Na marginesie, tę samą gorzką świadomość usłyszymy także w głosie bohaterki reklamy Molekinu D3 (czasami mam wręcz wrażenie, że słyszymy wręcz tę samą aktorkę). I zapewne nie jest to przypadek, bo Molekin znajduje się w ofercie Zdrovitu, producenta Gripovity.

I w zasadzie można byłoby przejść nad tą reklamą do porządku dziennego, gdyby nie to, że ta reklama sama wpisuje się do porządku dziennego, i to już od bodajże października. A może nawet września. Niemal dzień w dzień, przez ostatni kwartał z okładem, bohaterka reklamy powtarza pełne rezygnacji „zaczęło się”.

Za każdym razem tak samo zrezygnowana, za każdym razem tak samo niemile zaskoczona.

Zupełnie jakby kompletnie nie pamiętała, że „zaczęło się” już kilka dobrych miesięcy temu.

Być może wiec bohaterka reklamy powinna pomyśleć raczej łykaniu czegoś na pamięć, a nie na odporność? W końcu jest szansa, że kicha nie dlatego, że nie wyrabia się z produkcją leukocytów, ale na przykład dlatego, że zapomniała się ciepło ubrać…

Ale pewnie i nad tym można byłoby przejść do porządku dziennego, gdyby nie to, że przy okazji reklamy Gripovity można by się zadumać, dlaczego żaden organ nadzoru (w przypadku suplementów diety są to zdaje się Państwowa Inspekcja Sanitarna oraz UOKiK) nie zakwestionował przez tyle czasu pojawiającej się w reklamie sugestii 100-procentowej skuteczności Gripovity: „…a jeżeli Gripovita zawiera jeszcze cynk, to o odporność nie musisz się martwić!”

Naprawdę, łyknę Gripovitę i o odporność nie muszę się już martwić?

Albo, skoro jesteśmy już przy kwestionowaniu reklam suplementów diety, można by się zadumać, dlaczego nikt jeszcze nie zatrzymał – nowego chyba – radosnego trendu omijania przepisów dotyczących reklamy porównawczej, poprzez uzupełnianie dosadnie akcentowanego słowa “naj-le-pszy” różnymi słówkami o charakterze, ekhm, formalnie uniewinniającym. Na przykład:

  • „dla mnie” („dla mnie naj-le-pszy!”; to radiowa reklama Bilomagu, nota bene także Zdrovitu)
  • „dla mojej rodziny” („najlepszy dla mojej rodziny” – to z kolei z radiowej reklamy suplementu diety, którego nazwy i przeznaczenia teraz nie pomnę)
  • czy wreszcie „według mnie najlepszy” (a to z kolei jakiś lek, tym razem z reklamy telewizyjnej).

Spodziewam się, że za „dla mnie”, „według mnie” czy „dla mojej rodziny” stoją chwalący własną pomysłowość prawnicy, ale czy naprawdę słówka te mają charakter formalnie uniewinniający? Bo co na przykład znaczy „dla mnie najlepszy”? Co takiego jest we mnie – przyjmijmy na chwilę, że jestem starszą panią z reklamy Bilomagu – co powoduje, że akurat Bilomag działa na mnie najlepiej, czyli lepiej niż jakikolwiek inny podobny specyfik? Jakie cechy powinien mieć odbiorca reklamy, żeby mógł powiedzieć: „skoro Bilomag jest najlepszy dla starszej pani z reklamy, to będzie również najlepszy dla mnie”? Specyficzna dieta? Tryb życia? Wiek? Uwarunkowania genetyczne?

I co w ogóle znaczy „najlepszy”?

Oczywiście producenci w takie subtelności nie wnikają, bo wiedzą, że nie wnikają w nie także odbiorcy reklamy. Najważniejsze jest to, by w reklamie padło słowo „najlepszy”, które w przypadku farmaceutyków czy parafarmaceutyków zostanie odebrane przez potencjalnego klienta, nie analizującego przecież krytycznie treści, jako równoważne najwyższej skuteczności. A listki figowe w stylu „według mnie” czy „dla mnie” używane są dlatego, ze producent nie dysponuje żadnym dowodem, że jego produkt rzeczywiście najlepszy jest. Ba – często nie dysponuje nawet żadnym dowodem, że jego produkt w jakiś zasadniczy sposób wyróżnia się swoim działaniem spomiędzy dziesiątego podobnych produktów dostępnych na rynku.

A czasami wręcz mam wrażenie, że nie ma żadnego dowodu, by efekty stosowania jego specyfików wykraczały poza efekt placebo. Co do którego istnieją zresztą poważne wątpliwości, czy w ogóle istnieje, bo jak się okazuje, efekt placebo w wielu badaniach nie był rezultatem wiary pacjenta w działanie podawanego specyfiku, ale błędów badacza.

Cóż. Rodzimy nadzór wydaje się tym wszystkim nie przejmować. Patrząc zresztą na efekty jego działania, być może stosuje zasadę Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy. Przy czym, pomny opłakanego końca eksperymentu z wieżą Babel, nadzór nie stara się dorównać Panu Bogu w pełnym zakresie i poprzestaje na nierychliwości. Bo, że posłużę się przykładem, o sprawiedliwości nakazu wstrzymania reklamy leku kilka miesięcy po tym, jak kampanię zakończył sam reklamodawca, trudno przecież mówić, prawda?

A wracając do Gripovity: mam niejasne wrażenie, że jak tylko bohaterka reklamy dojdzie do ładu ze swoją pamięcią, to powinna solidnie zweryfikować twierdzenie, że o „odporność nie musi się martwić”, skoro popija Gripovitę już od kilku miesięcy, a wciąż kicha…

Może w kolejnym sezonie powinno się jej jednak zachcieć chodzić po lesie?

Zdjęcie tytułowe: Allan Foster, flickr.com